HULA-HOOP ZE STANÓW

HULA-HOOP ZE STANÓW

Na początek – oczywiście 2016 – życzę Wam cudownego, pozytywnego, rozhulanego roku! Co do mojej nieobecności na blogu – nie będę strzępić literek, zbyt wiele się działo, pobyt w szpitalu, szalone świąteczne zakupy za pięć dwunasta, wyjazd, i znowu sobie obiecuję, że nie będę Hulajduszy zaniedbywać, i znowu jestem w niedoczasie, a już lada moment wracam do pracy i wtedy się zacznie… Ale do rzeczy, bo wpis będzie długi :) Otóż. Na Facebooku i na blogu reaktywowała się jakiś czas temu (przy okazji tzw. Czarnego Piątku) dyskusja na temat gdzie najlepiej kupić polypro – czyli lekkie i zwrotne hula-hoop z polipropylenu. Bo kiedy wgryźć się w temat – wszystkie drogi prowadzą za ocean. Kupować w Stanach czy nie kupować w Stanach? Już dawno miałam się podzielić z Wami swoimi doświadczeniami, może dla kogoś będą pomocne.

Kółka ze Stanów są najbardziej kuszącymi hula-hoopami na świecie :) Często mają przystępne ceny i zazwyczaj są przepiękne. Zresztą USA są ojczyzną polypro, i może się mylę, ale wydaje mi się, że polypro do europejskich sklepów internetowych (albo do większości z nich) płyną właśnie zza wielkiej wody. Nic więc dziwnego, że Ameryka oferuje największy wybór i jest wielu wytwórców. Niestety koszty przesyłki często są wyższe niż cena towaru, ale zawsze można skrzyknąć ekipę i podzielić koszt wysyłki.

Czyli – kupować. Nic prostszego, paypal bądź karta kredytowa i już kilka tygodni (tyle wynosi czas dostawy) dzieli nas od spotkania z wymarzonym kółkiem. A jednak nie do końca, po drodze jeszcze jest urząd celny :)

Kiedyś, przed laty (znalazłam w korespondencji z tego okresu… to był luty 2011!), kiedy wydawało mi się, że tylko solidne i ciężkie hula do hoop dance jest wszystkim, czego mi potrzeba do szczęścia, i kiedy w Polsce ciężko było znaleźć “profesjonalne” kółka, postanowiłam nabyć składane travel hoop ze sklepu Hoopnotica. Dzisiaj ciężko mi w to uwierzyć, ale tak właśnie było. Jak również w to, że z naiwnością sądziłam, że zakupy w USA wyglądają tak jak zakupy w każdym kraju UE, i nie zgłębiłam tematu przed kliknięciem przycisku “kupuję”. Dopiero kiedy po jakichś dwóch tygodniach zadzwonił do mnie urząd celny, zaczęłam czytać w internecie, o co w tym wszystkim chodzi.

Procedura wygląda tak (a przynajmniej wtedy tak było), że kiedy paczka zlądowała już w Polsce, należało wypełnić jakiś formularz, gdzie pytali, co znajduje się w przesyłce, jaka jest jej wartość, czy sprowadzam ją na własny użytek etc. Urząd może doliczyć cło, ale jest grupa towarów, które są zwolnione z opłat celnych i wtedy udało mi się do niej zakwalifikować. Najtrudniej jednak pogodzić się z faktem, że w Polsce do zamówionych towarów naliczany jest VAT w stawce 23%, i co gorsza do wartości kółka doliczana jest ta nieszczęsna, koszmarnie droga przesyłka Fedexem.

Na przykład:

Cena hula-hoop to równowartość ok 100 zł, przesyłka ok 80 zł. Razem 180 zł i od tej kwoty naliczane jest 23%, czyli 41,40 zł. To oznacza, że nasze hula kosztowało 221,40 zł. Auć…

I jeszcze anegdota. Kiedy zadzwonili do mnie z urzędu celnego, musiałam podać swój adres mailowy, żeby mogli przesłać mi dokumenty. Traf chciał, że telefonująca kobieta źle zapisała mojego maila. Przez kolejnych kilka dni czekałam na dokumenty, ale nic się nie działo. Udało mi się jakoś skontaktować z urzędem, podałam właściwego maila, odesłałam od razu otrzymane dokumenty. Jednocześnie zapytałam, kiedy mogę spodziewać się przesyłki. Odpowiedź nie przyszła, ale kurier przyjechał już następnego dnia i musiałam uprosić go, żeby poczekał aż pobiegnę do bankomatu, bo nie miałam pod ręką gotówki (na VAT). Nowe hula-hoop sprawiło mi mnóstwo radości, ale po przestudiowaniu dołączonych rachunków dowiedziałam się, że skasowali mnie dodatkowo za przechowywanie mojej paczki w magazynie. Tylko dlatego, że ktoś źle zapisał maila… byłam wściekła.

A jednak, mimo że sądziłam, że już ze Stanów nic więcej już nie zamówię, kolejna przesyłka przyszła jakieś trzy lata później. Stało się tak dlatego, że udało mi się wygrać główną nagrodę w konkursie sklepu Superhooper (wszystko dzięki mojej fantastycznej rodzinie!) :) Nagrodą był voucher do wydania w sklepie, ale Superhooper nie pokrywał kosztów przesyłki do Europy, no i VATu pozostał po mojej stronie. Skorzystałam z nagrody i dzięki temu, że sprzedałam dalej kilka polyprosów udało mi się ograniczyć koszty własne do minimum. Nauczona doświadczeniem zapytałam wcześniej Larę z Superhooper, czy może napisać w dokumentach, że wartość towaru jest niższa niż wynosił voucher albo że jest to prezent (co było zgodne z prawdą – a przeczytałam gdzieś kiedyś, że czasami towar używany lub darowany zwalniany jest z VATu, tak, akurat). Zgodziła się napisać, że kółka są prezentem, ale z opłat mnie to nie zwolniło. Nie musiałam wtedy wypełniać żadnych formularzy, a kurier zjawił się równie niespodziewanie i trzeba było raptem wyskakiwać z kasy (a przy zamawianiu nie wie się nigdy dokładnie, ile te koszty wyniosą, bo kurs dolara itd).

Tego zamówienia nie żałuję. Hula od Superhooper – cudowne polypro i LED to moje ukochane kółka. Z polyprosami prawie się nie rozstajemy :) Jednak gdyby ktoś mnie pytał, radzę zawsze, by kupować w Europie. Kółka przychodzą szybciej, nie ma ukrytych kosztów i stresu.

A Wy? Czy macie jakieś doświadczenie z amerykańskimi przesyłkami? Podzielcie się swoimi doświadczeniami!

 

PS. Zdjęcie główne wypożyczone ze strony Hoopnotica.com