MOJE PIERWSZE

MOJE PIERWSZE

Chwila na wspomnienia. A właściwie to postanowiłam pójść za ciosem i rozwinąć myśl, która mnie nawiedziła przy okazji poprzedniego wpisu. Chodzi o jedno z najważniejszych spośród wszystkich “rodzajów” hula hoop, jeśli nie najważniejsze – bo dużo od niego zależy: to PIERWSZE.

Inna rzecz, że ostatnio kilka osób pytało mnie, jakie wybrać hula hoop.
Ten wpis jest dla Was, moje Drogie!

Mówicie, że w dzieciństwie kręciłyście hula hoop, ale teraz chyba nie potrafiłybyście. I zgadzam się, i nie zgadzam z tak postawioną tezą (ale bardziej się nie zgadzam). Rzeczywiście, używając hula hoop z Waszego dzieciństwa będzie ciężko powrócić do kręcenia, bo jest za małe i zbyt lekkie. A im mniejsza i lżejsza obręcz – tym większy poziom trudności. Zostawiamy je więc na później. Kto wie, może się jeszcze przydadzą?

Jeśli zaopatrzycie się w hula hoop w rozmiarze dla dorosłych, powrót do hulania to kwestia paru dni, może tygodnia. Maksymalnie dwóch. Ważne, żeby się nie zniechęcać, i jak spada – to podnosić i kręcić dalej.

Jakie powinno być to pierwsze hula hoop, żeby na dobre wkręcić się w kręcenie?

Po pierwsze: duże. Polecam średnicę do 100 cm. Dla osób średniego wzrostu (czyli do 170 cm) średnica 98 cm powinna być w sam raz. Przyjmuje się, że hula hoop idealnie dobrane do wzrostu ma tyle centymetrów, ile wynosi odległość od talii do podłogi. I chyba coś w tym jest. Mój idealny rozmiar to właśnie 98 i z takim najlepiej się czuję. Ale moje PIERWSZE miało prawie 106 cm i mimo oczywistej przesady bardzo dobrze się kręciło. Czyli na start lepiej kilka centymetrów więcej niż mniej.

Po drugie: odpowiednio ciężkie. Ale nie zbyt ciężkie! Do 0,65 kilograma wystarczy na początek. Czytałam gdzieś, że koło o wadze większej niż kilogram to duże obciążenie dla kręgosłupa, a tego uszkodzić nie chcemy. Superlekkie hula hoop dla zaawansowanych “hooperów” mają około 200-300 gramów i zdecydowanie trudniej utrzymać je kręcące się wokół ciała. Na start 400-500 gramów powinno być w sam raz. Myślę, że grubość nie ma znaczenia. Standardowa rurka ma około 3 cm grubości i taka będzie leżała jak ulał.

Ważna uwaga dla dziewczyn, którym marzy się płaski brzuch – nie dajcie się zwieść magii hula hoop “z masażerem” czyli dodatkowymi obciążnikami w postaci wypustek. Często zwykłe “bezwypustkowe” hula hoop w pierwszym kontakcie może przyprawić o siniaki, zanim zyskamy nad nim pełną kontrolę (siniakami nie należy się przejmować, ale jeśli są dotkliwe, warto zrobić sobie małą przerwę od kręcenia). O efektach stosowania “masażera” wiem tylko ze słyszenia. Mówią, że “można się przyzwyczaić”, ale… po co się torturować, skoro można się dobrze i bezboleśnie bawić, a efekty będą porównywalne?

Być może naiwnie, ale wierzę, że kalorie spalamy NIE na skutek tłuczenia brzucha kulkami i wypustkami, ale gimnastykując mięśnie podczas kręcenia, oczywiście jeśli ćwiczymy regularnie. Ale odbiegłam od tematu.

Po trzecie: w ulubionym kolorze! Jeśli tylko to możliwe wybierzcie wesoły kolor dla swojego koła, z którym chcecie się zaprzyjaźnić! Tak na pewno łatwiej będzie stawiać pierwsze kroki.

Po czwarte: nie za drogie. Cena na ogół jest wyższa, jeśli zdobienia są bardziej wyrafinowane. Jeśli planujecie swoje pierwsze treningi w plenerze, liczcie się z tym, że będzie czasami spadało na ziemię i jeśli nawierzchnia jest twarda, szybko podrapiecie błyszczące kolorowe taśmy. Plus, może się nieco odkształcić. Dlatego jest pierwsze. Przeciera ścieżki.

Gdzie się zaopatrzyć? Najlepiej w sklepach internetowych. Sporo jest kółek na Allegro. Wielu sprzedawców oferuje bardzo przyzwoite hula hoop. O dziwo, trudno znaleźć je w sklepach stacjonarnych. W sportowych można czasem natrafić na lekkie koła o stosunkowo małej średnicy (takie ok 90 cm znalazłam w Decathlonie ostatnio). O tym, co mają „na stanie” amerykańskie sklepy hula-hoperskie – napiszę później. Oj, będzie nad czym wzdychać!

To już koniec mini-wykładu. Koła w ruch!